Błyskawiczna zmiana postawy i jakości życia – historia sukcesu Anety

Witajcie!

15.03.2014 dostałam kolejną historie   na  potwierdzenie, mocy tkwiącej w każdym  z nas!

Drogi Czytelniku!
Pragnę podzielić się z Tobą moją prywatną, chwilami intymną, historią, której najważniejszym „składnikiem” i celem jest człowiek. Wiem, że te słowa mogą zostać odebrane w kategoriach banału, frazesu, ale właśnie tak w tym momencie patrzę na moje życie, tak je postrzegam mentalnie i uczuciowo, całą sobą. Ty też p przeczytaniu tych wyznań staniesz się częścią mojego bycia; następnym ważnym „ogniwem” – człowiekiem.

Piszę te słowa dzięki ludziom: mnie samej, mojemu mężowi, dzieciom, wszystkim bliskim oraz bardziej dalekim osobom i… przede wszystkim dzięki Grażynie Wieczorek. To od spotkania tego wspaniałego człowieka zaczęły się w moim życiu liczne zmiany, na które czekałam od dawna iszukałam, trochę po omacku, drogi dojścia do nich. A tak to się zaczęło…We wrześniu zeszłego roku po kilku latach przerwy wróciłam na rynek pracy.

Moje życie do tej pory było głównie skoncentrowane wokół domu i dzieci. Dostałam niecałe pół etatu w szkole na stanowisku terapeuty pedagogicznego, ale nawet tak mały angaż ucieszył mnie, gdyż charakter pracy był zgodny z moimi planami zawodowymi. Zaczęłam więc poszukiwać możliwości rozwoju w tym obszarze.

W internecie natknęłam się na szkolenie z Kinezjologii Edukacyjnej prowadzone przez  Grażynę Wieczorek. Zachęcona opisem kursu i kwalifikacjami trenera, postanowiłam zapisać się i pojechać do Wrocławia. Byłam otwarta na przeżycie nowej przygody i przepełniona chęcią poszerzenia swojej wiedzy i umiejętności zawodowych. Jednak to, co dostałam podczas szkolenia, znacznie przewyższyło moje oczekiwania…

Niesamowite było już to, że po kilku dniach od wysłania zgłoszenia na szkolenie, dostałam zaskakujący i miły telefon osamego trenera. Podczas rozmowy padły z usta Grażynki następujące słowa, których jeszcze wtedy nie rozumiałam: „Do mnie trafiają tylko takie osoby nastawione na rozwój.” W dodatku na czas trwania kursu zaprosiła mnie do własnego mieszkania. Byłam nieco tą propozycją onieśmielona, jednak postanowiłam skorzystać z uprzejmości i otwartości drugiego człowieka. We Wrocławiu Grażynka ugościła mnie z wielką serdecznością, jak dawną koleżankę.

Od początku znajomości nie czułam żadnych barier między nami, tylko szczerą, prawdziwą relację, przynajmniej z tej drugiej strony. Tylko ja nie końca umiałam się otworzyć, nie potrafiłam zrozumieć, jak można tak od razu zaufać drugiemu człowiekowi i dać mu z siebie wszystko, conajlepsze. Okazało się, że Grażynka czyta w moich myślach i sercu. Od chwili, kiedy zamieniła ze
mną pierwsze słowa, wiedziała, że potrzebuję pomocy, pragnę zmian, aby prawdziwie pokochać własne „ja”.

Moje ciało i umysł opowiedziały Grażynce historię mojego dotychczasowego życia…Jako jedenastoletnia dziewczynka trafiłam do poradni ortopedycznej. Moja mama zauważyła, że mam wystającą prawą łopatkę. Diagnoza lekarska brzmiała: skolioza (prawostronne skrzywienie boczne kręgosłupa piersiowego). W owym czasie mi to jeszcze nie przeszkadzało,jednak z biegiem miesięcy i lat problem narastał.

Wraz z moim szybkim tempem rozwoju w okresie dojrzewania, wada kręgosłupa zaczęła się pogłębiać. Oczywiście od momentu pierwszej wizyty u lekarza, zaczęłam intensywną terapię: kilka razy w tygodniu chodziłam na specjalistyczne ćwiczenia
oraz na pływalnię. Wszystko to odbywało się prywatnie, ale niestety nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. W pewnym momencie groziła mi operacja, jeśli wada będzie nadal postępować.
Nadszedł jednak czas stabilizacji choroby. Moim zadaniem było jedynie wzmacnianie mięśni podtrzymujących kręgosłup. Mama jeszcze próbowała alternatywnych metod leczenia.

Pamiętam wizyty u polecanych tzn. kręglarzy i sesje nastawiania kręgosłupa. Wszystkie te „zabiegi” były tylko stratą czasu, pieniędzy i dodatkowym stresem. Krzywe plecy stały się źródłem dodatkowych kompleksów. Musiałam wybierać taką odzież, która ukrywała wadę. Ćwiczenia fizyczne, zwłaszcza skłony, były nieprzyjemne. Braku elastyczności kręgosłupa towarzyszyły bóle, np. przy dłuższym schylaniu się. Pamiętam takie momenty, że z
trudem się prostowałam. Nie miałam siły w rękach, a dłonie z powodu zaburzeń krążenia były często zimne jak kawałki lodu. Wstydziłam się schylać wśród ludzi, gdyż bałam się, że ktoś zauważy „garbate” plecy.

Nauczyłam się żyć z moją wadą. Mój mąż pokochał moje ciało i dla niego było piękne. Czasami tylko przypominał mi, że powinnam zadbać o siebie i udać się do specjalisty, gdyż „na starość będziesz garbata”. Nie znosiłam tych uwag. Pewnie dlatego, że dotyczyły moich najsłabszych stron, a w dodatku, wiedziałam, że ma rację. Jednak wciąż brakowało mi energii,zapału, aby zająć się tym tematem. Wciąż widziałam mnóstwo utrudnień: np. brak pieniędzy. Na co dzień nie skupiałam się na swoich niedomaganiach.

Optymizm pomagał mi w relacjach z ludźmi i w postrzeganiu siebie. W głębi duszy ukrywałam brak pewności siebie, zagubienie. Moje „ja” było
mniej wartościowe, słabsze od innych. Te wszystkie kompleksy „wychodziły” ze mnie w chwilachtrudnych, w sytuacjach stresowych. Wtedy zamykałam się w sobie, pozwalałam na to, żeby mnie ktoś upokarzał, obwiniał, targał moje dobre imię. Brałam wszelkie obciążenia na siebie. Nie chciałam tak żyć. Próbowałam z tym walczyć.

Pragnęłam stać się wolną od kompleksów, pewną siebie, atrakcyjną kobietą. Przestać myśleć, nawet w chwilach intymnych, że ktoś (nawet mój kochany mąż) patrzy na mnie przez pryzmat „połamanych” pleców. W„zdeformowanym” ciele była uwięziona równie „zdeformowana” dusza, której choroba odebrała siły na pełen rozwój, na walkę o piękno i szczęście.

Grażynka usłyszała wołanie o pomoc mojej duszy i obiecała, że przy następnym spotkaniu„wyprostuje” mnie. Po pierwszym stopniu szkolenia z „Gimnastyki Mózgu” wróciłam do domu pełna nadziei na polepszenie się jakości mojego życia, zarówno w sferze osobistej, jak i zawodowej.

W pierwszy weekend grudnia 2013 r. pojechałam do Wrocławia na drugi stopień kursu. Wróciłam już całkiem odmieniona… w nowym ciele. Poddałam się trzygodzinnej sesjiterapeutycznej z Grażynką. W tak krótkim czasie ta cudowna osoba w dużej mierze wyprostowała moje plecy, wyrównała biodra, ustawiła miednicę, podkreśliła talię, przywróciła prawidłowe krążenie w rękach, „urosłam” 3 cm, a przede wszystkim uwolniła mój umysł. Sesja nie była łatwa,ale przecież wszystko co dobre i piękne rodzi się w bólach.

 Przed sesją                     Po trzech godzinach  wspólnej pracy.

DSC_0406

DSC_0415

Przemiana odbywała się na granicy mojej wytrzymałości. To było, jak nowe narodziny. Przez te trzy godziny Grażynka naprawiła 22-letnią wady mojego ciała i duszy. Jedno z pierwszych moich doznań tuż po sesji, zamknęłam wstwierdzeniu: „Od zawsze taka byłam. Moje ciało stało się więzieniem dla umysłu, w którym cały czas istniał obraz pięknej duchowo i fizycznie osoby, przekonanej o swojej wartości kobiecie.

Teraz ciało i psychika tworzą jedność, są spójne, harmonijnie do siebie przylegają”. Jechałam do domu przepełniona wszechogarniającą energią, przekonana o wielkich możliwościach człowieka, o obecności i realnym działaniu Boga poprzez ludzi. Czułam się taka szczęśliwa, że ze wszystkimi chciałam podzielić się tym doznaniem. W trakcie podróży powrotnej dzwoniłam kilka najbliższych mi osób i opowiedziałam im o swojej przemianie.

Pragnęłam przekazać im wraz z tą informacją to dobro, które sama dostałam od Grażynki. Mój mąż oniemiał, jak zobaczył moje plecy. Jest człowiekiem twardo stąpającym po ziemi isprawdzalne fakty najlepiej do niego przemawiają, a mój wygląd był niezaprzeczalnym argumentem potwierdzającym działanie „inżynierii ciała i umysłu” opracowanej przez GrażynęWieczorek. Zadzwonił do niej z podziękowaniami oraz z wyrazami wielkiego szacunku za jej pracę.Od tamtej pory obserwuję mnóstwo zmian w moim życiu, przede wszystkim w podejściu do
siebie samej i w relacjach interpersonalnych. Zaczęłam bardziej się sobie podobać; nie tylko fizycznie. Moje plecy przestały być dla mnie problemem, już nie ukrywam ich przed oczami ludzi. W związku z tym jestem bardziej swobodna w kontaktach, bardziej pewna siebie.

Zaczęłam odważniej mówić o swoich uczuciach, problemach, potrzebach i oczekiwaniach, o tym, co myślę.Zaczęłam pojmować to, że różne niedomagania (nad którymi pracuję) nie mają wpływu na mojej osoby, że sama w sobie stanowię niepowtarzalną wartość, tak, jak każdy inny człowiek. Dlatego warto walczyć o swoje szczęście, o samorealizację.

Na problemy patrzę z innej perspektywy, mam większy dystans do złych osądów ludzi. Mój mąż okazuje mi więcej miłości i
szacunku, bo jestem świadoma, że na to zasługuję. Między nami odżyła namiętność, czułość, na nowo się w sobie rozkochaliśmy. Teraz wierzę we wszystkie jego komplementy, które słyszę coraz częściej. Czuję się atrakcyjną kobietą. Daję szczęście i również je dostaję.  Otworzyłam się na rozwój. Jestem bardziej pewna tego, czego chcę.

Pozytywnie myślę o sobie i innych. Tę informację wysyłam w świat, a ona do mnie wraca. Moi uczniowie mówią mi oswoich problemach, dobrych i złych myślach i przeżyciach. Ja z kolei patrzę na ich postawę, ruch ciała i widzę, czego potrzebują, w jaki sposób mogę im pomóc. Tego nauczyłam się na szkoleniu z Kinezjologii Edukacyjnej.

Moją dobrą energię i pewność siebie przekazuję ludziom, z którymi przebywam, a oni to doceniają. Od nastolatka, który uczęszcza na moje zajęcia, usłyszałam: „Pani tylko tym, co mówi, może leczyć”. Jestem świadoma, że moja wiara w siebie i drugiego człowieka, przynosi wymierne, realne efekty.

Moje dzieci otrzymują więcej cierpliwej, akceptującej miłości. Ja bardziej cieszę się samym przebywaniem z nimi, doceniam każdą rozmowę, przytulenie, każde „kocham cię”.

Mój mąż otrzymuje więcej czułości ode mnie, tego czego do tej pory mu brakowało.Sam stara się panować nad swoim nieco wybuchowym charakterem i wie, że ma we mnie
wsparcie.

Moi uczniowie chętnie uczestniczą w terapii pedagogicznej (choć nie jest obowiązkowa), bo jestem otwarta na ich potrzeby, lubię i akceptuję ich, nie osądzam, a dostrzegam w nich dobro oraz chcę im pomóc.

Codziennie staram się utrzymać dobrą energię. Oczywiście są chwile, kiedy czuję się smutna, apatyczna – to normalne, taki jest los człowieka. Nie odrzucam tych doznań, są częściąmnie, ale też nie patrzę na całą siebie i swe życie przez ich pryzmat. Mówię otwarcie o tym, żejestem w gorszej kondycji. Mam do tego prawo. Nie boję się, że  dlatego stracę na wartości woczach innych.

Wierzę, że każdy z nas w głębi serca jest taki sam: oczekuje szczerej, prawdziwej relacji międzyludzkiej. Grażyna Wieczorek jest tą osobą, która mi pokazała, że jest to możliwe i realne. Jesteśmy po to na świecie, żeby się nawzajem umacniać, odkrywać i poszerzać swoje dobro, piękno. Przez całe życie rozwijamy się, dążymy do doskonałości… dzięki drugiemu człowiekowi.
Powodzenia życzę sobie i Tobie :)
Aneta Jęczmieńska – pedagog, terapeuta.